I’m going back to 505

Będę bardzo nieoryginalna teraz.

Mam prawie 27 lat i cierpię na zaburzenia odżywienia.

Zaczyna się tak, jak zwykle. Troszkę przybieram na wadze, mama mi delikatnie sugeruje, żebym się ogarnęła, dla siebie, to poczuję się lepiej. Ma oczywiście racje – widzi, że jak wykraczam poza moją normalną wagę i robi mi się oponka to robię się apatyczna, mam stany depresyjne i ogólnie jakość życia mocno mi spada. Przyjmując to na klatę zapisuję się na siłkę.

Wprowadzam treningi najpierw 4 razy w tygodniu, później redukuję tak do 3, żeby mi się nie znudziło.

Dołączam do tego dietę. Na początku wszystko zdrowo. Wykluczam sobie słodycze, jakieś dobroci fast foodowe znacznie ograniczam. Zaczynam liczyć kalorie. Działa. Waga po mału spada. Widzę w lustrze pierwsze efekty.

I w końcu: pierwszy napad. Powrót do stanu przed nim. Kolejny. Znowu mocne cięcie kalorii, żeby „odrobić” to ,co przybyło przy napadzie. Jakoś się udaje. Za każdym razem.

Słyszę, że wyglądam chudziej, ale coś jest nie tak. Że jestem nieobecna, że dawno nikt nie widział, jak jem. Że znowu nic nie zamawiam z koleżankami, czy wszystko jest okej? Że mam zapadnięte policzki, poszarzałą cerę i jestem „zmarnowana”. Obracam wszystko w żart albo zwalam na pracę. Dużo się z tego śmieję, to proste w dzisiejszych czasach, kiedy każdy jest na diecie. A co ty, nie widzisz mnie pod ubraniem, jestem ulana jak nie wiem! Później kończą się już treningi, bo nie mam na nie siły. Nie wiem dlaczego to robię, nawet wolę zaokrąglone, sportowe sylwetki. To jest po prostu coś chorego w mojej głowie, co siedzi tam od liceum, a później spotkały mnie rzeczy, które tylko pogłębiły ten kiepski obraz własnej sylwetki. Paradoksalnie, ja nigdy w życiu nie byłam gruba. Nie miałam nawet nadwagi. BMI zawsze w normie, wąska talia, większa pupa. A mimo to… czy da się kiedykolwiek wyzdrowieć?

Mam mdłości i boli mnie głowa. Jak wstaję to widzę gwiazdki. W tym momencie leżę w łóżku i niedobrze mi z głodu. Ale jeszcze bardziej na samą myśl, że mogłabym coś zjeść. Boję się panicznie utraty kontroli nad swoim ciałem. Nad tym jak wygląda teraz, nad tą rutyną (nie)jedzenia, którą wprowadziłam, która pozwala mi udawać, że wszystko jest dobrze. Jem śniadanie i robię w okół tego mnóstwo szumu, w ogóle robię mnóstwo szumu w okół jedzenia, nawet tylko w mówieniu o nim. Każda z nas ma swoje sposoby, żeby zmanipulować innych i odwrócić uwagę od problemu…

Chcemy pomocy, ale się boimy. Bo jak nam ktoś pomoże, to każe nam coś zjeść. A wtedy stracimy kontrolę, efekty swojej „pracy”. Chciałabym o tym powiedzieć moim dziewczynom, mojej mamie. Że mam problem, że czuję, że przekroczyłam granicę zdrowej diety, żeby poczuć się lżej, lepiej. Że zaczynam świrować. Chciałabym… ale może poczekam jeszcze do -5 kg?

Reklamy
I’m going back to 505

Przemoc to żadna moc…

… raczej słabość. Zastanawiam się ile kobiet lub mężczyzn cierpi z powodu przemocy ze strony swoich partnerów lub partnerek, ale nie dopuszcza do siebie tej myśli, bagatelizując tak ważną sprawę. Bo przecież przemoc to jest tak odległe zjawisko. Tylko w patologicznych rodzinach mamy z nią do czynienia. Przecież nikt mnie nie uderzył. Przecież nikt mnie nie zgwałcił. Sąsiedzi nie przychodzą zapytać co to za awantury u mnie w mieszkaniu. Wszystko jest – na zewnątrz – podręcznikowo.

Podobno tylko niecałe 9% kobiet w Polsce nie doświadczyło żadnego rodzaju przemocy w swoim życiu. Założę się, że trzeba się było nieźle nagimnastykować z zadaniem odpowiednich pytań, żeby to z nich wyciągnąć. Dlaczego nikt nie spytał o to mężczyzn? Tego nie wiem. Powinno się.

Musimy zdać sobie sprawę z jednej rzeczy. Jeżeli podczas seksu ktokolwiek wymaga na Tobie zrobienie czegokolwiek na co nie masz ochoty, to jest to przemoc seksualna. Przemocą seksualną nie musi być zmuszenie Cię do tego siłą – to jest już czyn karalny. Wszystkich pozostałych nie udowodnisz. I to do Ciebie należy zadbanie o siebie (!). Tego rodzaju nadużycie to może być powiedzenie, że „jego była by to zrobiła„. Że „nie jesteś w stanie go zadowolić, więc żebyś się później nie zdziwiła„. Że „co to za mężczyzna, który nie ma ochoty na to i na tamto”. Może to być nawet obrażenie się i ostentacyjne wyjście z domu. Szantaż emocjonalny znacie to pojęcie? To powiem Wam coś. Macie prawo odmówić. To nie jest nic złego, nie czyni Cię to kiepskim w łóżku. Nie definiuje jako osoby. Masz prawo NIE CHCIEĆ czegoś zrobić. W tej chwili albo wcale, serio, po prostu powiedz nie i nie masz obowiązku się z niczego tłumaczyć. Możesz, ale nie musisz.

Kolejna sytuacja. Nikt, a zwłaszcza Twój partner nie ma prawa Ci mówić, że jesteś gruba, że za dużo jesz, że jesteś brzydka, że go nie pociągasz. Że jesteś słaby, czy niski czy jakikolwiek inny i ona już nie widzi w Tobie mężczyzny. Porównywać Cię z innymi. To jest ogromny ból i wjazd na psychikę. I to też jest przemoc psychologiczna, o czym każdy na pewno już słyszał. I ludzie, którzy długo sobie na to pozwalają później jeszcze dłużej muszą wychodzić z takiego postrzegania siebie. Wystarczy usłyszeć to kilka razy i mózg ofiary robi sobie coś strasznego. Może wykrzywić totalnie percepcję własnej osoby i nie widzisz już rzeczy tak, jak wyglądają w rzeczywistości. Oczywiście są ludzie mniej i bardziej podatni na czyjąś sugestię. Ci mniej podatni, są w stanie obrócić to w żart i żyć dalej, jakby nigdy nic. Ale, błagam Was, uważajcie na to, co mówicie. I uczulajcie innych na słowa, które wychodzą z ich ust. To jest strasznie ważne. Nie pozwólcie krzywdzić siebie i nie krzywdźcie innych – bardzo prosta i mega ważna rzecz.

Dlaczego o tym piszę i dlaczego tak się wczułam? Ja należę do osób bardzo podatnych. I przez 2 ostatnie lata mojego pierwszego związku byłam ryta jak pole traktorem w sierpniu. Wszystko co robiłam, było złe. To było bardzo subtelne rycie, takie które nie zostawia śladów na zewnątrz. Ale wewnątrz łamało mi serce i ducha tak bardzo, że tylko Ci, którzy to przeżyli będą w stanie mnie zrozumieć. Mogłam się starać dążyć do ideałów na każdym polu, a i tak byłam od kogoś gorsza. I musiałam widzieć to rozczarowanie na jego twarzy. Nie krzyczał, nie obrażał mnie. Ale widziałam to spojrzenie i te niekiedy pogardliwe komentarze „nie uważasz, że powinnaś jeść trochę mniej, niż ja?, „może powiesz mi coś ciekawego? no, ale ciekawego, jak można tego nie wiedzieć…”, „znowu Ci się nie chce? może to te Twoje tabletki?”. I nie wiedziałam co jest grane, co jeszcze mogę zrobić. Co jeszcze, nad czym mocniej, silniej, więcej popracować żeby jemu się podobać, żeby on mnie kochał tak bardzo, jak ja jego. Przecież robiłam wszystko, wszystko czego chciał, nawet jeśli musiałam się zmuszać. A on i tak narzekał.

A wiecie, co powinnam? Odpuścić.

Wtedy nie umiałam, widocznie pisane mi było, żeby w tym czasie to on doprowadził mnie do dna i tam zostawił. I może właśnie dlatego, po tym jak sama z tego wylazłam (no dobra, z pomocą terapeutki) czegoś się nauczyłam. Spotykałam się ostatnio przez kilka miesięcy z innym typem. On też jest materiałem na kilka fajnych wpisów. Ale zaspoileruję Wam końcówkę… Pierwszy raz kiedy powiedział mi, że powinnam wziąć się za siebie – wyleciał za drzwi i więcej nie pozwoliłam mu ich przekroczyć.

Przemoc to żadna moc…

Ta-boo or not ta-boo?

Poznałam francuskiego mężczyznę. Nie czyniłam ku temu żadnych specjalnych starań, sam się właściwie napatoczył. Ponieważ przebywa w Paryżu prowadzę z nim konwersacje głównie WhatsAppowe, ale nie to jest najistotniejsze, bo i tak zdołałam dowiedzieć się paru niesamowicie intrygujących rzeczy, które ostatnio zajmują bardzo dużą część moich myśli.

Na temat postrzegania związków właśnie.

I zastanawiam się teraz: czy to ja jestem zamknięta, naiwna i nieświadoma wielu rzeczy, że wciąż daję się zaskakiwać? Czy to kwestia tego, że Polska jest zacofanym krajem, a właśnie tu się wychowałam? Czy może ludzie na całym świecie, bez względu na to jakiej są narodowości zaczynają przekraczać pewne granice, które kiedyś zostały postawione? Jeśli tak, to jak daleko to może zajść? Dokąd można je przesunąć?

W każdym razie w moich kręgach może nie ma typowego obrazu rodziny, ale jest typowy obraz relacji partnerskiej. Dwoje ludzi, którzy pozostają sobie lojalni. Czytaj: nie uprawiają seksu z innymi osobami. Spotykają się całkowicie na wyłączność. Złamanie tej zasady wiąże się zazwyczaj z końcem związku.

Lojalność i zdrada. Może to te pojęcia warto by było przeanalizować? Co one tak naprawdę znaczą i czy nie powinna to być kwestia indywidualna?

Francuz uważa, że relacja między kobietą a mężczyzną nie powinna być monogamiczna, bo robi się nudna i każdy prędzej czy później ucieka się do zdrady albo przynajmniej o tym marzy i robi się sfrustrowany. Więc dlaczego by nie robić tego otwarcie? Dlaczego sypianie z innymi osobami nie powinno być czymś normalnym, robionym w świetle dziennym, nie za plecami drugiej osoby? Albo nawet razem? Czy to dziwactwo, zboczenie czy po prostu nowatorskie lekarstwo na zatrważającą ilość rozwodów?

Powiem nawet więcej, robi się ostrzej. Dla potomnych poświęciłam się, w pogardzie mając wszelkie ryzyko i podpuszczałam Francuza dalej. Udawałam, że kręci mnie to całe „crazy stuff” i został mi zaproponowany udział w seksie grupowym. Jakobym ja miała być gwiazdą wśród kilku typów.

Gwiazdą… właściwie niekoniecznie. W moim mniemaniu byłabym laską, która miałaby tych gości „ogarnąć”. Albo innymi słowy dać się po prostu przez nich (jest tu jakaś cenzura na WordPressie?) wyruchać w każdy możliwy sposób. Niekoniecznie jest to szczyt moich marzeń. Znaczy, oczywiście mamy różne fantazje, ja również. Inaczej pewnie nie mogłabym ciągnąć tego sextingu, bo moja bujna wyobraźnia by mi na to nie pozwoliła, a jakoś… jakoś dałam radę. I nie powiem, żeby nie było to satysfakcjonujące, bo było.

Ale wyobrażać sobie, a naprawdę robić to jest trochę inna rzecz. Ja chyba bym się zblokowała. Zastanawiam się czy jestem w mniejszości. Chciałabym jakichś danych procentowych. Rozmów z ludźmi, którzy biorą w tym udział. Mnie naprawdę bardzo fascynuje to wszystko, o czym nikt nie mówi. Drugie życie pod maską, które jedni mają odwagę i chęć prowadzić w tajemnicy, a innym wystarczy tylko alternatywny świat pozostający w wyobraźni. I żadna z tych dwóch opcji nie jest gorsza. Cokolwiek działa dla Ciebie. Whatever works, jak w tym fimie Woody’ego Allena.

Bo weźmy np. 50 Twarzy Greya.  Przeczytałam pierwszą książkę, próbowałam obejrzeć film ale nie przetrawiłam. Ta historia, te fantazje… to wszystko jest po prostu źle podane. A jednak odniosło sukces. Mimo kiepskiego stylu pisania, kompletnie nierealistycznych postaci, banalnej fabuły i braku jakiegokolwiek pazura… kobiety na całym świecie to łyknęły. Głównie młode, ale nie tylko. Mamy więc potrzebę mówienia o tym, odkrywania nie tylko przed sobą, ale też przed innymi tego, czego kiedyś nikt nie chciał uzewnętrzniać. I tak sobie myślę, że to jest dobre. Bo dlaczego mamy wstydzić się tego, co dla nas naturalne? Dlaczego coś, co nie krzywdzi drugiej osoby ma być postrzegane jako dziwactwo?

Jeżeli ktokolwiek to przeczytał, to jestem strasznie ciekawa, co myślicie. Let me know.

Ta-boo or not ta-boo?

O byciu singielką

Czy bycie singielką jest genetycznie zakodowane? Bo mam wrażenie, że odziedziczyłam jakiś zestaw recesywnych cech, które razem dały kombinację powodującą brak umiejętności stworzenia relacji damsko-męskiej. Od końca JEDYNEGO, poważnego związku w moim życiu minęło już prawie 2 lata, a ja wciąż jestem tu gdzie byłam, może bogatsza o parę doświadczeń, ale still – w tym samym miejscu.

Nawet adoptowałam kotkę, żeby podkreślić jak bardzo starą panną jestem. Czaicie – kotkę! Ja, 100% wielbicielka psów, która spędziła pół dzieciństwa udając, że w JEST psem rasy HUSKY, do cholery, mam od roku sztamę z kotem. How did I get here?

Bardzo wiele potrafię zrozumieć. Że bycie singielką to mój czas na odnalezienie siebie, że powinnam korzystać, że wszystko super i w ogóle to dziewczyny w związkach mi zazdroszczą, bo wszystko jest jeszcze przede mną, podczas gdy ich czasy motylków w brzuchu już prawdopodobnie przeminęły. To prawda, to są plusy obecnego stanu.

ALE ILE MOŻNA?

Ja już siebie odnalazłam. Wiem czego chcę i czego nie chcę. Powtarzam sobie jakieś tępe afirmacje, że będzie dobrze – i wciąż dobrze nie jest. Próbuję swoich czarodziejskich mocy, żeby zakląć rzeczywistość – to też totalnie mi nie wychodzi. Może było skuteczne jak ściągałam myślami The Sims Zwierzaki pod choinkę, ale niestety kiedy przychodzi do stworzenia czegoś bardziej wartościowego o wyraźnym wpływie na moje życie, to już nie działa. Nie zapomnieli o mnie w Hogwarcie, po 15 latach przyznaję, że po prostu jestem NIEMAGICZNA do szpiku kości.

Czy ja może w końcu wybieram sobie niewłaściwych facetów? Totalnie niezależnie od siebie, od rozumu, duszy i pomyślunku moje serce wybiera tych, z którymi nie mam szans zbudować tego, czego potrzebuję. Ale, no kur wa za przeproszeniem, czy ja sobie ich sama pod nos podsuwam? Czy ja sobie sama PLANUJĘ spotykanie samych zajętych bez perspektywy zmiany tego stanu mimo, że mój stan zauroczenia trwa już 2 lata niemalże, a w między czasie emocjonalnie niedostępnych lub alkoholików- narkomanów? NIE. To może jakaś siła wyższa spojrzy na mnie przychylnie i podsunie mi kogoś NORMALNEGO i przestanie pieprzyć mi życie?

Jestem gotowa, serio.

O byciu singielką

Powigilijnie.

Ogólne rzecz biorąc moje zdanie jest takie, że faceci w dzisiejszych czasach w 98% to półgłówki. Poważnie. Nie mówię tego ze złośliwości. Nie mówię tego, bo ktoś mi coś wczoraj przy wigilijnym stole dogadał i mam #focha. To jest tylko moja czysta obserwacja.

Nie wiem czemu my, kobiety, na siłę wyobrażamy sobie ich inaczej, niż są w rzeczywistości. I robimy idiotki z siebie samych próbując im zaimponować. Elastycznie dopasowujemy swój poziom intelektu do nich. Słabe.

Bardzo ciężko jest teraz znaleźć kogoś, kto chociażby dorównał swoim poziomem rozkminy do mojego, a co dopiero – mogę pomarzyć – przewyższył go.

 

Powigilijnie.

Czas

Czas leczy rany. Ale jeśli jest go za dużo, to potrafi otworzyć je na nowo.

Pracuj.
Ćwicz.
Czytaj.
Graj.
Pij.

Nie pozwól sobie na rozmyślanie. Trzymaj się mocno swoich zajęć, bo jak puścisz, to wpadniesz do wulkanu.

Emotional landscapes.

Czas

Przebudzenie

A jednak świat powrócił. Jednak wciąż się kręci.

Muszę Was na coś uczulić. Właściwie czuję się w takim obowiązku, skoro już podjęłam się opisywania stanów po-zerwaniowych. Kolejny etap, który następuje bo depresji jest bardzo dziwny i nie przytrafił się tylko mi: podpytałam koleżanki, miały to samo. A skoro MOJE KOLEŻANKI miały to samo – to jest to już reguła. Bo ja mam bardzo zróżnicowane koleżanki, wszystkie śliczne, ale każda inna.

Otóż kiedy mija już ten czas kiedy płaczesz po nocach, a on NADAL bezczelnie nie wraca, ba, nie podejmuje nawet prób podjęcia z Tobą kontaktu – w końcu dość. Nie zniesiesz już ani chwili cierpienia więcej. Coś w Tobie klika. Przeskakuje zębatka. I przestajesz płakać, przestajesz tęsknić, przestajesz pragnąć. Bierzesz głęboki oddech i…

zaczyna podobać Ci się prawie każdy inny facet.

Poważnie. Wszyscy koledzy nagle stają się Khalami Drogo czy też innymi bogami seksu. Myślisz o nich, fantazjujesz o nich, zastanawiasz się co ich kręci co ich podnieca. Oczywiście nic z tym nie robisz, bo nie jesteś tego typu dziewczyną, co to, to nie. Godnie czekasz na rozwój wypadków ale w Twojej głowie przespałaś się już chyba z każdym przystojniakiem na ulicy.

W tym stanie wyobrażam sobie, że bardzo łatwo kobietę wykorzystać (a następnie porzucić). Musimy się więc strzec i być bardzo ostrożne. Nie pakujmy się do wyra byle komu, błagam Was. Chociaż nie wiem jak byśmy tego chciały, zatrzymajmy swoją godność. Wiem, że przynudzam, wiem, że jesteśmy wyzwolone i tak dalej ale… podziękujecie mi za to jeszcze!

Co u mnie poza tym? Mam mnóstwo energii. Mnóstwo pomysłów. Odradzam się jak Fawkes feniks profesora Dumbledore’a. Jest po prostu dobrze. Jest żywo. Nie jest już spokojnie, nie ma rutyny.

I nie potrzebuję do tego grama alkoholu ani żadnych używek. To wszystko jest we mnie. Gdzieś w centrum i teraz cała radość jest „na wierzchu”. Bo nie muszę kogoś wiecznie zadowalać i martwić się, czemu nic już nie działa. Nie muszę już wychodzić z siebie, żeby było dobrze. Po prostu JEST dobrze.

Przebudzenie